Nie lubię świąt, więc te wszechobecne bożonarodzeniowe akcenty, które pojawiają się na mieście zaraz po Zaduszkach zwykle strasznie mnie irytują. Jednak w tym roku nie mam czasu ani na zastanawianie się nad tym zjawiskiem, ani na dołowanie się z okazji listopada. Zresztą jest ciepło jak na tę porę roku, bywają nawet słoneczne dni, to i lepiej się żyje takim meteopatom jak ja.
Mimo wszystko da się znaleźć jakiś pozytywny aspekt tych wszystkich świątecznych wystaw. Czerwień. Działa jak magnes, i jakimś cudem coraz więcej rzeczy mam w tym kolorze, od zasłon w jadalni zaczynając, na majtkach kończąc. Głęboka, nasycona czerwień jest jak kopniak, motywujący do działania. Działam więc - wymyślam, tworzę, realizuję i organizuję. I im więcej mam do zrobienia, tym więcej mam na wszystko czasu. Paradoks? Raczej kwestia organizacji.Jest jeszcze jeden paradoks, wynikający z mojej nowej pracy. Teoretycznie zmieniłam branżę. W praktyce bliżej mi teraz do dziennikarstwa niż wtedy, gdy miałam wizytówki z nazwiskiem "redaktor". Najważniejsze jednak, że nie ma tzw. dupogodzin. I że nie muszę rano wstawać. A nie mówiłam, że bedzie dobrze? :)




